wtorek, 17 stycznia 2017

Rozdział dziesiąty

Z urodzinową dedykacją dla Wiśniolinii! ✺◟( ͡° ͜ʖ ͡°)◞✺

      Piątkowe lekcje kończyły się jak zwykle – dwoma wuefami. Gdy już wytrzymałem półtorej godziny sportowych tortur znienawidzonej nauczycielki, ledwo żyłem. Razem z resztą chłopaków z mojej klasy wtłoczyłem się do szatni i opadłem na jedną z ławek, próbując uspokoić oddech i serce kołaczące w klatce piersiowej. Mateusz usiadł obok mnie, widocznie zmęczony, a jego piegowate policzki były pokryte rumieńcem ze zmęczenia.
      – W porządku? – zapytał, patrząc na mnie z troską. Obaj wiedzieliśmy, że nie znosiłem podwójnych wuefów najlepiej. Kiwnąłem jednak głową, a on dodał: – Chcesz wody?
      Wyjął z plecaka butelkę i wyciągnął ją w moim kierunku.
      – Mhm. Dzięki – odpowiedziałem zmęczonym tonem. Przyjąłem butelkę i wziąłem kilka dużych łyków, a gdy przełknąłem, odetchnąłem z ulgą. Oddałem Mateuszowi wodę, a on schował ją z powrotem do plecaka. Po chwili zaczęliśmy się przebierać.
      Upakowanie dziesięciu spoconych chłopaków w jednej ciasnej, dusznej szatni nigdy nie było najlepszym pomysłem, więc w pomieszczeniu szybko zaczęło śmierdzieć. Ktoś zawołał, żeby otworzyć okno, a po chwili do szatni wpadł powiew zimnego powietrza. Normalnie przeszkadzałby mi taki chłód, ale byłem przegrzany po zajęciach i powitałem go z ulgą.
      – Będę musiał zostać w centrum, bo idę z siostrą na zakupy – odezwał się konwersacyjnie Mateusz, ściągając szybkim ruchem ciemną koszulkę, w której zwykle ćwiczył. Chowające się pod nią plecy i klatka piersiowa jak zwykle były strasznie blade, ramiona pokryte piegami. – Ale będę musiał na nią poczekać niecałą godzinę, więc... Nie chcesz iść razem na coś do jedzenia? – Spojrzał na mnie pytająco, sięgając po drugi t-shirt, który zaraz na siebie włożył. – Chyba że masz coś innego do roboty.
      Przeczesał palcami swoje włosy, wzdychając cicho. Te na karku były trochę wilgotne od potu, bardziej skręcone, trochę jak małe sprężynki. Zagapiłem się na nie na chwilę, ale potem dotarło do mnie całkowicie, co powiedział.
      – Wybacz, nie mogę – odparłem przepraszającym tonem. – Znowu idę do Mikołaja, będzie mi pomagać z fizyką.
      Mateusz zamrugał z zaskoczeniem, a potem spuścił wzrok i pochylił się, żeby wsunąć na stopy swoje granatowe trampki. Zaczął zawiązywać sznurowadła przy jednym z nich, przez chwilę nic nie mówiąc.
      – Aha. Okej, to nieważne – powiedział w końcu. Ton jego głosu był zupełnie inny niż wcześniej, dziwny, i pomyślałem, że może był trochę rozczarowany.
      – Przepraszam – odezwałem się ostrożnie. – Jak chcesz, to możemy iść jakiegoś innego dnia.
      Mateusz znieruchomiał na moment, jakby zdziwiony. Potem odkaszlnął cicho i wyprostował się, patrząc na mnie z lekkim zakłopotaniem.
      – Nie, w porządku! – zapewnił, już pogodniejszym głosem. – Tak tylko rzuciłem. Zapomnij, serio.
      – Okej – odpowiedziałem ugodowo.
      Sam zawiązałem swoje buty, widząc, że większość chłopaków była już całkowicie przebrana. Czekaliśmy tylko na ostatni dzwonek. Podczas tego czekania wyciągnąłem z plecaka komórkę, chcąc się nią tylko bezmyślnie pobawić, ale zaskoczył mnie widok nieprzeczytanej wiadomości sprzed kilku minut. Okazało się, że nadawcą był Mikołaj.
      Hej, kończysz jakoś teraz, nie? Wyjść po ciebie?
      Przypomniałem sobie, że chłopak kończył dzisiaj lekcje o wiele wcześniej ode mnie, więc pewnie poszedł do domu, zamiast na mnie czekać. Już zamierzałem odpisać, gdy za otwartym oknem rozbrzmiał znajomy, cichy szum, a ktoś odezwał się z rozczarowaniem:
      – Ech, pada.
      Spojrzałem na okno. Rzeczywiście, krople deszczu rozbijały się delikatnie o widoczną stąd kostkę, którą był wyłożony parking dla nauczycieli. Ich intensywność wzmagała się z każdą chwilą, a ja zawahałem się, zanim w końcu odpisałem:
      Jeśli jeszcze nie wyszedłeś, to zostań w domu, bo pada. Pamiętam, jak dojść.
      Nie musiałem czekać długo na odpowiedź.
      Okej, to czekam – odpisał.
      Wyczułem, że ktoś patrzy mi przez ramię, i podniosłem pytający wzrok na Mateusza. Ten odsunął się szybko, mówiąc przepraszająco:
      – Sorka, nie chciałem podglądać.
      – Nie, w porządku...
      Znowu miał ten dziwny wyraz twarzy co wcześniej, ale nie byłem pewien, czy powinienem go pytać, dlaczego ma taką minę. Dlatego siedziałem cicho przez chwilę, aż zadzwonił dzwonek. Wtedy wszyscy wyszliśmy z szatni, a do Mateusza zagadał Michał, więc chłopak podszedł do niego, pomachawszy mi tylko krótko ręką. Uśmiechnąłem się do niego lekko, a potem wszedłem po schodach na parter (szatnie i kilka innych klas znajdowały się na niższym piętrze) i skierowałem się do szatni na kurtki.
      Gdy ubrałem się ciepło i wyszedłem ze szkoły, zatrzymałem się za zamkniętymi drzwiami. To, co wcześniej było lekkim kropieniem, teraz przekształciło się w porządny deszcz. Westchnąłem z niezadowoleniem, ale na szczęście moja mama zawsze trzymała rękę na pulsie, jeśli chodziło o pogodę, więc rano wcisnęła mi w ręce parasol, który teraz wyjąłem z plecaka.
      Parasolka była lekka i podejrzewałem, że szybko wygięłaby się przy mocnym podmuchu powietrza, ale mimo intensywnego deszczu nie było wietrznie. Dlatego droga do domu Mikołaja minęła mi dość spokojnie, jedynym minusem było to, że trochę przemokły mi buty, bo wdepnąłem w kałużę, wymijając jakiegoś biegnącego dzieciaka na wąskim chodniku. Obejrzałem się wtedy za nim z wyrzutem, ale chłopiec kompletnie mnie olał.
      Gdy w końcu trafiłem pod znajomy dom i wszedłem na próg, zawahałem się na chwilę. Najpierw zapukałem, ale gdy przez dłuższy czas nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, nadusiłem krótko przycisk dzwonka znajdujący się na lewo od drzwi. Usłyszałem przytłumiony dźwięk ze środka, a zaraz po nim odgłos zbliżających się kroków.
      Otworzyła mi babcia Mikołaja, która rozpromieniła się na mój widok. Jej długie włosy były dzisiaj związane w wysokiego, rozwalającego się koka, a bransoletki na jej nadgarstkach brzęknęły cicho, gdy zdjęła rękę z klamki.
      – Janek! Miło cię znowu widzieć – powiedziała z szerokim uśmiechem, gdy się przywitałem. – Wchodź, słońce, strasznie pada... Parasol możesz położyć tu z boku, niech wyschnie.
      – Dziękuję – mruknąłem, odkładając parasolkę we wskazane miejsce. Pani Felicja zamknęła za mną drzwi i stanęła obok, przyglądając się ciepłym wzrokiem, jak zdejmowałem kurtkę.
      – Jak tam w szkole? – zapytała ze szczerym zainteresowaniem.
      – Ach, w porządku... – odparłem i zamierzałem powiedzieć coś więcej, ale przerwał mi znajomy głos.
      – Babciu, nie wypytuj go za bardzo, co?
      Spojrzałem na schody. Zbiegał po nich lekko Mikołaj, ubrany w czarne spodnie dresowe i tak samo czarny t-shirt, na boso. Uśmiechnął się, podchodząc do mnie i do swojej babci.
      – Hej, Janek. Zmokłeś? – zapytał.
      – Nie aż tak, ale... – Zdjąłem buty i spojrzałem znacząco na prawą, przemoczoną skarpetkę. – Kałuża – wytłumaczyłem krótko.
      – Oj. To zdejmij skarpetki, dam ci kapcie. – Ukucnął przy niedużej szafce na buty, którą zaraz otworzył. Gdy w niej grzebał, zapytał: – Jesteś głodny? Mamy placek.
      Podał mi tę samą parę kapci co zawsze, a ja wsunąłem w nie stopy. Były przyjemnie ciepłe.
      – Dzięki. I w sumie nie jestem, ale może potem – odpowiedziałem.
      – Okej. To idziemy na górę?
      – Mhm – potwierdziłem.
      Mikołaj odwrócił się i zauważył spojrzenie jego babci, która obserwowała nas z zaciekawieniem i lekkim uśmiechem. Sapnął cicho pod nosem, odwracając wzrok.
      – Weź się tak nie gap – poprosił. Jego babcia zachichotała, ale zaczęła iść w kierunku salonu.
      – Dobrze, zostawię was samych. Miłej nauki, chłopcy – powiedziała i weszła do pokoju, z którego docierał do nas dźwięk włączonego telewizora. Mikołaj westchnął, a ja mruknąłem:
      – Jakby nauka rzeczywiście mogła być miła...
      – Właśnie pomyślałem o tym samym – przyznał, zerkając na mnie. – Nie masz humoru?
      Zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście mogłem mieć trochę niezadowolony wyraz twarzy.
      – Trochę – odparłem. – Dwa wuefy na końcu, deszcz i wizja uczenia się fizyki przez następne kilka godzin naprawdę optymistycznie mnie nastroiły – mruknąłem ironicznie, a on uśmiechnął się lekko.
      – Cóż... Jeśli chcesz, nie musimy się od razu uczyć. Możesz sobie odpocząć – zaproponował.
      – Nie, im szybciej zaczniemy, tym prędzej skończymy – westchnąłem, mrugając kilka razy. Chyba zaczynała boleć mnie głowa. – Gdzie Nika?
      – U mnie w pokoju – odparł, zaczynając iść w kierunku schodów, bo od jakiegoś czasu staliśmy w jednym miejscu. Zawahałem się jednak, zostając w tyle.
      – Erm, mogę iść jeszcze do łazienki? – zapytałem szybko. Wciąż czułem się trochę nieprzyjemnie po wuefie i chciałem chociaż przemyć twarz.
      Mikołaj uśmiechnął się lekko, rozbawiony.
      – Nie, nie możesz – odparł, ale wystarczyło mu moje spojrzenie, żeby dodał: – No idź, poczekam.

*

      Tym razem nauka szła nam powoli, ale skutecznie. Mimo zmęczenia po całym tygodniu dość dobrze szło mi przyjmowanie tego, co tłumaczył mi Mikołaj, a on łatwo odnajdywał słowa, dzięki którym łatwiej mi było zrozumieć. Tematy, które tym razem przyszło nam przerabiać, skupiały się w większej ilości na zadaniach, więc mój zeszyt od fizyki był ciągle w użyciu, a ja zapisywałem coraz to trudniejsze przykłady, uważając, żeby nie przestać słuchać Mikołaja, bo wtedy prawdopodobnie w ogóle nie wiedziałbym, co robić. Chłopak patrzył uważnie, jak rozwiązywałem zadania, dając mi od razu znać, gdy zrobiłem coś źle, ale też nie mówiąc mi prosto z mostu, co mam pisać. Nawet gdy kompletnie coś knociłem, nie irytował się, tylko zaczynał tłumaczyć od początku, za co byłem naprawdę wdzięczny.
      Siedzieliśmy na jego łóżku jak ostatnio, bo było wygodniej, a Nika leżała pod kaloryferem przy ścianie obok i drzemała spokojnie, wiedząc, że nie powinna nam teraz przeszkadzać. Wyglądało na to, że Luna postanowiła spędzić to popołudnie gdzieś indziej, może w salonie, bo nie przyszła do nas. W pokoju było więc cicho i nic nam nie przeszkadzało, a ja mogłem całkowicie skupić się na słowach Mikołaja, wypowiadanych tonem, który łatwo przyciągał uwagę. Zacząłem bardziej uświadamiać sobie to, jaki jego głos był przyjemny. Chyba nie mogłem lepiej trafić, jeśli chodziło o tłumaczenie mi znienawidzonego przedmiotu. Ton głosu Mikołaja był niski, ale nie jakoś bardzo niski, i miał w sobie charakterystyczną barwę, którą ciężko byłoby opisać. Słowa układały się mu miękko na języku, były wypowiadane z łatwością, bez dłuższych przerw, bez typowego "eee" czy "yyy", bez zająknięcia się. Wyrażał się w sposób, który sugerował, że wiedział, co mówił, i w sposób, który sprawił, że coś przyszło mi do głowy.
      – Mam pytanie – odezwałem się, gdy tylko pomyślałem o tej konkretnej rzeczy.
      Mikołaj spojrzał na mnie pytająco, przerywając poprawianie zadań w moim zeszycie.
      – Czegoś nie rozumiesz...?
      – Chodziłeś kiedyś na zajęcia teatralne albo coś podobnego? – zapytałem. Po minie Mikołaja wywnioskowałem, że kompletnie się tego pytania nie spodziewał, i w sumie mu się nie dziwiłem.
      – Och. Tak, chodziłem – przyznał z zaskoczeniem, potwierdzając moje przypuszczenia. – W gimnazjum. Jak się domyśliłeś?
      – Po prostu pomyślałem, że masz przyjemny głos. I tak... ładnie mówisz – odparłem, nie wiedząc za bardzo, jak ująć moje myśli w słowa. – Ale nieważne, przerwałem ci – dodałem przepraszająco, wskazując na mój zeszyt w jego dłoniach.
      Mikołaj kiwnął głową i wrócił do kreślenia po kartce (nie wyglądało to pocieszająco), a ja przez chwilę miałem wrażenie, że jego policzki zrobiły się trochę ciemniejsze. Ale może mi się wydawało, bo gdy podał mi zeszyt i zaczął mówić, co tym razem zrobiłem źle, jego twarz wyglądała normalnie.
      Siedzieliśmy w ten sposób jakieś dwie godziny, po czym zrobiliśmy sobie przerwę, żeby zejść na dół i zjeść obiad z rodzicami i dziadkami Mikołaja. Tak samo jak przedwczoraj, jedzenie było naprawdę smaczne, a mój mózg odpoczął, słuchając rozmów domowników. Sam nie odzywałem się za dużo, coraz bardziej odczuwając zmęczenie po dzisiejszym dniu. Starałem się nie myśleć o tym, że mieliśmy jeszcze materiał do przerobienia.
      Gdy wróciliśmy do pokoju Mikołaja, zauważyłem, że znowu zaczęło padać. Wcześniej, gdy dopiero tu przyszedłem, deszcz szybko się uspokoił i mogliśmy uczyć się w ciszy, bez dźwięku kropel uderzającego o okno. Teraz zapowiadało się na coś poważniejszego, a deszcz uparcie siekł o szybę. Mikołaj zasunął roletę, licząc, że to choć trochę stłumi hałas, ale nie pomogło za bardzo. Na szczęście okazało się, że przeszkadzało nam to mniej, niż się spodziewaliśmy. Dość sprawnie przerobiliśmy pozostałe tematy, a gdy skończyliśmy ostatni, trudny (albo to ja już po prostu przestawałem cokolwiek łapać), obaj odetchnęliśmy z ulgą.
      Schowałem niepotrzebne już rzeczy do plecaka, a Mikołaj przeciągnął się, stękając cicho pod nosem. Wyglądał na zmęczonego, ale zadowolonego. Uśmiechnął się lekko, przyjemnie, patrząc na mnie.
      – Dobrze ci dzisiaj poszło – powiedział z cieniem dumy w głosie. – Jestem pewien, że poprawisz na coś dobrego.
      Odpowiedziałem niepewnym uśmiechem, opierając plecak o jego biurko i siadając z powrotem na łóżku. Wtuliłem plecy w poduszkę, którą oparłem o ścianę.
      – Dzięki za wiarę, ale sam nie wiem... Pouczę się jeszcze przez weekend i chyba pójdę w poniedziałek poprawić. Zobaczymy – mruknąłem. Potem spojrzałem na niego. – W ogóle, masz trochę zachrypnięty głos. Przepraszam... czy coś...
      Zaśmiał się cicho, kręcąc głową.
      – Luz, to nic takiego. Cieszę się, że w końcu mamy to z głowy.
      – Okej. Dziękuję, że mi to wszystko wytłumaczyłeś – dodałem grzecznie, bo byłem mu naprawdę wdzięczny. – Dobrze ci idzie uczenie.
      Uśmiechnął się rozbawiony, zerkając na mnie.
      – Znowu jesteś taki grzeczny – zauważył. Spuściłem wzrok i wzruszyłem lekko ramionami. – Ale to miłe. – Milczał przez chwilę, a potem dodał, nagle patrząc na swoje kolana, nie na mnie: – Jeśli będziesz mieć jeszcze problemy z fizyką, mogę ci pomóc. Przed sprawdzianem czy coś.
      Najpierw spojrzałem na niego ze zdziwieniem, ale szybko się uśmiechnąłem.
      – Dziękuję. To spodziewaj się, że jeszcze tu kiedyś zawitam, bo nie sądzę, żebym nagle stał się mistrzem fizyki – odparłem z rozbawieniem. – Dam znać, jak znowu będę potrzebować pomocy.
      Mikołaj uśmiechnął się, trochę z ulgą, a trochę z zaskoczeniem. I trochę niepewnie, a ta kombinacja sprawiła, że pomyślałem o mojej wczorajszej rozmowie z Kajetanem. Obiecałem mu, że porozmawiam z Mikołajem, ale dotychczas nie znalazłem dobrego momentu, żeby zacząć temat. Najpierw chciałem chyba przebrnąć przez wiszącą nad nami fizykę, żeby móc bez pośpiechu przejść do innych ważnych rzeczy.
      Już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, ale Mikołaj odezwał się pierwszy.
      – W ogóle, będziesz się już zbierał? Bo tak jakby... – Wskazał na okno, za którym szalał deszcz. Odsunął roletę, a gdy wyjrzeliśmy na zewnątrz, przez wodę spływającą po szybie z trudem widać było drzewa targane podmuchami wiatru. W dole przejechał samochód, a jego wycieraczki wściekle poruszały się na boki. Na chodnikach tworzyły się wielkie kałuże, a na niebie wisiały ciężkie, ciemne chmury.
      Nie wyglądało to bardzo zachęcająco.
      – Eee... Będziesz miał coś przeciwko, jeśli zostanę na jakiś czas? – zapytałem. – Aż deszcz trochę zelżeje...
      Mikołaj uśmiechnął się lekko, prawdopodobnie spodziewawszy się tych słów.
      – Nie, w porządku. I tak nie miałem nic konkretnego do roboty. – Spojrzał przez pokój, na Nikę, która leżała przy kaloryferze. Nie spała, a patrzyła na nas zaspanym wzrokiem. Mikołaj zacmokał, a jej uszy widocznie drgnęły. – Chodź, piesku.
      Chwilę później Nika była już przy łóżku, machając leniwie ogonem. Gdy chłopak poklepał kołdrę obok siebie, ogon przyśpieszył, a szczęśliwa suczka wlazła na łóżko, szybko znajdując się przy Mikołaju i próbując polizać go po twarzy. Parsknął śmiechem, delikatnie odpychając od siebie jej pysk.
      – Nika... leżeć. No, połóż się.
      Usłuchała i położyła się obok niego, opierając łeb na jego kolanach i patrząc na niego z dołu swoimi psimi oczami. Moje serce drgnęło, a ręka jakoś sama poruszyła się, żeby ją pogłaskać. Żeby sięgnąć, przysunąłem się bliżej do Mikołaja, a nasze ramiona zetknęły się lekko.
      Chłopak nie zareagował jakoś gwałtownie, ale nie umknęło mi to, że jego ramię kompletnie znieruchomiało, a on trochę się spiął. Jego ręka głaszcząca Nikę po grzbiecie zwolniła na chwilę, ale zaraz wróciła do wcześniejszego rytmu. Chłopak utkwił wzrok w swoim psie, nie patrząc na mnie.
      Gładząc Nikę po miękkiej sierści na łbie i między uszami, doszedłem do wniosku, że może to był odpowiedni moment, żeby porozmawiać z Mikołajem. Spojrzałem na niego ostrożnie, a gdy upewniłem się, że nie chciał niczego powiedzieć, odezwałem się:
      – Słuchaj... Rozmawiałem wczoraj z Kajetanem.
      Mikołaj najpierw nie reagował, a potem spojrzał na mnie powoli, uważnie.
      – Tak, coś mi wspominał – stwierdził, starając się chyba ukryć napięcie w swoim głosie. – Ale nie chciał nic więcej powiedzieć. Pewnie nieźle obrobiliście mi dupę za plecami, co? – zapytał, parskając wymuszonym śmiechem.
      – Nie, nie całkiem – odparłem, postanawiając być po prostu szczerym i nie dać się wyprowadzić z równowagi. Szczerość była dobra.
      Mikołaj pozwolił sztucznemu uśmiechowi zniknąć z jego twarzy i nie odwrócił wzroku, czekając na moje następne słowa. Wciąż głaskał Nikę, być może dlatego, żeby na czymś się skupić.
      – Przyznam, że rozmawialiśmy o tobie – powiedziałem, ostrożnie dobierając słowa. Patrzyłem na niego, mając nadzieję, że zauważę coś, co podpowie mi, jak się czuł albo co myślał. – Bo martwiło mnie to, jak zareagowałeś przedwczoraj, gdy się żegnaliśmy. I nie zamierzam zagłębiać się w szczegóły, ale Kajetan wytłumaczył mi pewną sprawę...
      Widziałem, jak szczęka Mikołaja zaciska się lekko, ale chłopak nic nie powiedział.
      Zamilkłem na chwilę, wracając myślami do wczorajszej rozmowy z jego przyjacielem i do wszystkiego, co wtedy usłyszałem. Kajetan mówił o tym, że Mikołaj bał się traktować mnie tak przyjaźnie, jak tego chciał, bo obawiał się odtrącenia z mojej strony. Wspomniał też, że chłopak by się do tego nie przyznał, bo myślał, że dramatyzuje. Zastanawiało mnie, co sprawiło, że Mikołaj był taki surowy dla swoich uczuć.
      "Powinieneś po prostu dać mu do zrozumienia, że przy tobie może być sobą."
      – Ja... chcę tylko, żebyś wiedział, że nie poczułem się w żaden sposób źle po tym, co wtedy zrobiłeś – powiedziałem, siląc się na łagodny ton, choć moja troska musiała być widoczna. – Nawet jeśli myślisz, że mogłem widzieć w tym coś dziwnego, to nieprawda. Nie jestem jakoś bardzo... dotykalską osobą, ale jeżeli będziesz chciał mnie dotknąć, to nie ucieknę, wiesz? – Milczałem, aż Mikołaj kiwnął głową. – I chociaż wolałbym, żebyś się do mnie nie lepił, od jednego założenia mi włosów za ucho nie umrę – dodałem z rozbawieniem, i poczułem ulgę na widok drgających kącików ust Mikołaja. Uśmiechnął się w końcu, z pewnym zawstydzeniem, i spuścił wzrok. Ja westchnąłem cicho i powiedziałem, żeby przełamać ciszę: – Mówiłem to już, ale naprawdę nie przeszkadza mi to, że jesteś gejem. Pamiętaj o tym, dobrze?
      Pokiwał głową i w końcu się odezwał:
      – Dobrze. Przepraszam, że robię tyle szumu o nic, po prostu... Już tak mam, że czasem dramatyzuję.
      Dramatyzuję. Słowo, które potwierdzało to, co mówił mi wcześniej Kajetan.
      – To nic takiego – zapewniłem go spokojnie. – Nie uważam, że dramatyzujesz, każdy ma jakieś swoje obawy. A twoje wynikają bardziej z doświadczenia i obserwacji niż z tego, że coś sobie wymyśliłeś, więc się nie przejmuj. Zresztą, wiesz... Nie znam cię aż tak dobrze, ale nie sądzę, żebyś nie miał prawa tak myśleć. Bo jednak nie znamy się długo – powiedziałem, znów przywołując w myślach moją rozmowę z Kajetanem. – I wiesz, że mam taką, a nie inną rodzinę, w dodatku nigdy wcześniej nie znałem nikogo takiego jak ty... Nie chodzi tylko o to, że jesteś gejem, wiesz, że jakieś dwa lata temu na widok twoich kolczyków i włosów przeszedłbym na drugą stronę ulicy?
      Ostatnie zdanie sprawiło, że Mikołaj nie wytrzymał i parsknął głośno śmiechem, strasząc Nikę. Zgiął się wpół, starając się nie trząść, żeby nie denerwować leżącego na jego kolanach psa, a ja uśmiechnąłem się szeroko, zadowolony, że w końcu się rozweselił.
      – Serio, jak o tym wszystkim myślę, to się dziwię, że teraz jestem wobec ciebie taki tolerancyjny – powiedziałem tonem udającym szczere zdziwienie, a on zaśmiał się jeszcze mocniej. – Sam siebie podziwiam.
      Zamilkłem, patrząc z rozbawieniem na śmiejącego się Mikołaja. Tego śmiechu jeszcze nie słyszałem, nieskrępowanego, szczerego i zaraźliwego, mającego w sobie coś tak samo miłego jak jego normalny głos. Uśmiechnąłem się, czując przyjemne ciepło i ciesząc się, że mogłem go w takim stanie zobaczyć.
      Gdy Mikołaj trochę się uspokoił, odpowiedział, głosem wciąż chwiejnym od powstrzymywanego chichotu:
      – Myślę, że twoja tolerancja bierze się stąd, że mimo tych nieszczęśliwych okoliczności wciąż jesteś bardzo inteligentnym chłopcem – powiedział, patrząc na mnie z czymś, co mogłem określić nawet czułością. Szybko spuściłem wzrok, bo nie spodziewałem się takiego komplementu. – Dzięki, naprawdę.
      – Erm, to nic takiego – bąknąłem cicho, nagle stwierdzając, że materiał spodni na moich kolanach wygląda bardzo interesująco.
      – Dla mnie to ważne – odparł spokojnie, a potem milczał przez chwilę, patrząc na mnie. – Mogę cię przytulić?
      W jego pytaniu wyczułem ostrożność i nerwowość, ale gdy podniosłem na niego zdziwiony wzrok, patrzył na mnie dość zdecydowanie. Jak na mój gust, był o wiele zbyt spięty, więc dla rozładowania napięcia wywróciłem oczami i powiedziałem teatralnie:
      – No, jak musisz...
      Widocznie przyjąłem odpowiednią postawę, bo Mikołaj natychmiast się rozluźnił i parsknął cicho śmiechem. Wyciągnął ręce i objął mnie, przyciągając do siebie lekko, tak że oparłem podbródek na jego ramieniu, a mój lewy policzek połaskotały jego włosy. To był porządny, mocny uścisk, może zbyt krótki, bo Mikołaj wciąż trochę się wahał, ale na tyle długi, żebym zdążył zarejestrować ciepło jego ciała, poczuć, jak jego duże dłonie przyciskają się delikatnie do moich pleców, i uchwycić nosem miły zapach jego skóry.
      Ta krótka chwila uświadomiła mi dwie rzeczy: po pierwsze, zdałem sobie sprawę, że naprawdę dawno nikt mnie tak nie przytulał. Być może ostatni uścisk miał miejsce w czerwcu, kiedy kończyłem gimnazjum, a wszyscy moi znajomi, którzy teraz ledwo utrzymywali ze sobą kontakt, żegnali się ze łzami w oczach. Nawet mnie, który w klasie trzymał się na uboczu, trafiło się kilka uścisków, bo po prostu wszyscy tulili wszystkich. Całkiem miło to wspominałem.
      Drugą rzeczą było to, że chyba musiałem zmienić moje podejście do tulenia. Wcześniej utrzymywałem, że tego nie lubiłem, ale dotarło do mnie, że ten jeden raz musiałem zrobić wyjątek dla Mikołaja. Nie było to żadną rewolucją w moim sposobie myślenia, ale musiałem przyznać – gdy mnie przytulił, poczułem się dobrze. Nie w żadnym dziwnym sensie, po prostu jego uścisk był porządny i szczery, przypieczętował to, że na chwilę obecną między nami nie było już żadnych niedopowiedzeń.
      Być może polubiłem ten uścisk, bo Mikołaj w mojej głowie awansował na przyjaciela.
      Gdy odsunęliśmy się od siebie, uśmiechnęliśmy się obaj. To naprawdę nie był długi kontakt, ale czułem, że był ważny. Mikołaj zaskoczył mnie, unosząc rękę i z rozbawioną miną zakładając mi włosy za lewe ucho, tak jak przedwczoraj. Parsknąłem cichym śmiechem, pełen pozytywnych uczuć. To sprawiło, że Mikołaj sam się zaśmiał. Kilka chwil minęło przepełnionych tylko naszym chichotem, który sprawił, że nawet Nika zaczęła machać wesoło ogonem, patrząc na nas z zaciekawieniem.
      Pomyślałem, że nie chciałem tak szybko stąd iść, ale na to się na szczęście nie zapowiadało, bo nagle zza zamkniętego okna usłyszeliśmy głęboki, głośny grzmot. Przestaliśmy się śmiać, a Mikołaj znów podciągnął na chwilę roletę, żebyśmy zobaczyli ogromne, ciemne chmury spowijające niebo. W dali przecięła je pojedyncza błyskawica, za którą podążył kolejny grzmot.
      – Oj – mruknąłem po prostu.
      – Może Bóg chce dać nam znać, że zrobiło się za ckliwie – odparł poważnie Mikołaj, a ja spojrzałem na niego z rozbawieniem. – No co? Niby wszystko widzi – dodał ze śmiechem, ale oczywiście nie mówił na serio. – Zapowiada się, że tak szybko stąd nie wyjdziesz, Janek. Przykro mi – powiedział nieszczerze. Postanowiłem odpowiedzieć w podobnym tonie.
      – Mnie tym bardziej – mruknąłem, ale moja gra aktorska była o tyle lepsza, że aż spojrzał na mnie niepewnie. Dopiero widząc drgające kąciki moich ust, odetchnął z irytacją i pchnął mnie lekko w ramię.
      – Wiesz ty co – rzucił z ulgą w głosie, a ja parsknąłem krótko.
      – Łatwo cię nabrać – stwierdziłem.
      – Spadaj, Kowalski.
      Uśmiechnąłem się, myśląc, że lubię się z nim przekomarzać. Zaraz jednak ziewnąłem, czując, jak zbierające się przez tydzień zmęczenie powoli zaczyna się kumulować. Moja głowa też nie czuła się najlepiej.
      – Macie coś przeciwbólowego? – zapytałem, sięgając ręką do łba Niki. Zacząłem drapać ją za uchem, a ona przymknęła z zadowoleniem ślepia. Mikołaj spojrzał na mnie zaniepokojony.
      – Boli cię coś? – odpowiedział pytaniem.
      – Głowa. Ale nie martw się, to pewnie przez pogodę – odparłem, uśmiechając się uspokajająco. – I jestem zmęczony. I w ogóle... mój mózg ma już chyba dosyć – wyznałem trochę żałosnym tonem, masując lekko kącik prawego oka. – Za dużo fizyki...
      – Biedny – mruknął Mikołaj współczującym tonem, okazując mi idealną porcję "pożałuj mnie", której potrzebowałem. Delikatnie zdjął łeb Niki ze swoich kolan, a potem zaczął przesuwać się na łóżku, żeby z niego zejść. Zanim to jednak zrobił, pogłaskał mnie lekko po głowie, w ten sam sposób co kilka razy wcześniej. Potem dopiero wstał. – Pójdę na dół po jakieś leki. I mogę nam zrobić dobrej kawy, jak chcesz. Albo ukroję nam ciasta? Jesteś głodny? – Spojrzał na mnie pytająco.
      – Trochę – przyznałem. – Kawy też się chętnie napiję, jeśli chce ci się robić.
      – Okej. W ogóle, też jestem zmęczony, więc proponuję sobie wygodnie usiąść i obejrzeć jakiś film? – zasugerował. – Ta burza chyba tak szybko nie przejdzie, a ja już ochrypłem od gadania. Tam mam półkę z płytami, więc jak chcesz, to je przejrzyj i coś wybierz. – Wskazał na odpowiednie miejsce na regale, a ja kiwnąłem głową. – To wracam za kilka minut, nie nabrój.
      Rzuciłem mu rozbawione spojrzenie.
      – Tak, cały pokój ci rozniosę.
      – Cicha woda brzegi rwie – odparł po prostu, wzruszając lekko ramionami, a potem parsknął krótko śmiechem i wyszedł z pokoju. Słyszałem jego kroki, gdy zbiegał po schodach.
      Przez chwilę głaskałem Nikę, która rozłożyła się na łóżku wygodniej, gdy Mikołaj sobie poszedł. Przypomniałem sobie, że jej rasa nazywała się kuvasz, i z ciekawością zaobserwowałem, że jej sierść miejscami była lekko falowana, zupełnie inna od golden retrieverów, z którymi Nika skojarzyła mi się przy pierwszym spotkaniu. No i była większa, zdecydowanie większa. Zacząłem drapać ją po brzuchu, a ona wydawała się zachwycona.
      – Ale z ciebie kochany piesek – powiedziałem z czułością, gdy jej ogon latał z boku na bok. – Prześliczny.
      Gdy już przestałem się z nią bawić, zszedłem z łóżka i ukucnąłem przy regale stojącym przy ścianie obok. Druga półka od dołu była zapełniona płytami z filmami, które zacząłem przeglądać. Zaskoczyła mnie kolekcja filmów Marvela – Mikołaj miał ich tutaj więcej, niż ja w ogóle kojarzyłem. Było też dużo innych płyt, najczęściej z produkcjami akcji albo fantasy, nierzadko też sci-fi. Były Gwiezdne Wojny, Piraci z Karaibów, Władca Pierścieni i Hobbit, znalazłem też kilka części Bonda i... wszystkie osiem części filmowego Harry'ego Pottera. Poza tymi bardziej znanymi seriami było też kilkanaście płyt, których tytułów nie kojarzyłem, i horrory, których opisów w ogóle nie przeczytałem, bo... horror nie był moim ulubionym gatunkiem.
      Mikołaj wrócił po kilku minutach, tak jak obiecał. Najpierw usłyszałem powolne kroki na schodach, potem lekkie skrzypnięcie podłogi przed drzwiami, a w końcu klamka się ugięła i do środka wszedł Mikołaj z plastikową tacą w dłoniach. Leżały na niej dwa talerzyki z ciastem, dwa kubki kawy i listek tabletek przeciwbólowych.
      Widząc mój wzrok, Mikołaj burknął:
      – Nie miałem jak się z tym wszystkim zabrać.
      – Przecież nic nie powiedziałem – odparłem, starając się nie uśmiechnąć.
      Siedziałem na podłodze przed regałem, porządkując resztę płyt, które wcześniej trochę wymknęły mi się spod kontroli. Mikołaj przeszedł przez pokój i położył ostrożnie tacę na swoim biurku.
      – Nika, sio – rzucił do suczki, która już zaczynała podnosić się z łóżka, żeby obwąchać talerzyki z ciastem. – Złaź na podłogę.
      – Oj, niech z nami zostanie – poprosiłem. Chłopak jednak pokręcił głową.
      – Nie może, zje nam placek. Ten pies nie zna umiaru.
      Wygonił smutną Nikę na podłogę, a ja podniosłem się ociężale z podłogi. Poczłapałem w kierunku łóżka, a Mikołaj przeniósł na mnie wzrok.
      – Jaki film wybrałeś? – zapytał, a ja podniosłem trzymaną w dłoni płytę i pokazałem mu okładkę. Chłopak zaśmiał się cicho. – Harry Potter?
      – No, chyba że wolisz coś innego – odpowiedziałem skrępowany. – Po prostu zawsze lubiłem tę część...
      – Nie, dla mnie spoko – zapewnił szybko, uśmiechając się. Spojrzał z namysłem na swoje łóżko i oparte o ścianę poduszki. – Jak usiądziemy wzdłuż materaca, będziemy dalej od okna i nie będzie tak hałasować – stwierdził. Za oknem wciąż szalał deszcz. – Ale może być trochę ciasno...
      – Twoje łóżko jest dosyć duże – stwierdziłem, myśląc o swoim, nieprzyjemnie wąskim. – Możemy tak usiąść.
      Mikołaj zabrał się za przekładanie poduszek, a ja podszedłem do biurka i wycisnąłem sobie na dłoń jedną tabletkę. Popiłem ją kawą, która ostygła na tyle, że nie poparzyłem sobie języka. Gdy Mikołaj przeszedł obok mnie, poczułem bijący od niego znajomy zapach.
      – Byłeś zapalić? – zapytałem.
      Chłopak kiwnął głową, poprawiając trochę kołdrę, która zdążyła nieźle się wygnieść, gdy na niej siedzieliśmy.
      – Tak, otworzyłem sobie okno w kuchni, jak woda na kawę się gotowała. Nie chciałem ci tu smrodzić, skoro boli cię głowa – wytłumaczył spokojnie.
      Jaki miły, pomyślałem.
      – Nie zmokłeś? – rzuciłem.
      – Nie, w oknie w kuchni jest siatka. – Uśmiechnął się i wskazał na łóżko. – Chcesz siedzieć pod ścianą czy przy biurku?
      Wzruszyłem ramionami, bo naprawdę nie miało to dla mnie jakiegoś znaczenia.
      – Może być pod ścianą – powiedziałem, a on kiwnął głową.
      Chwilę zajęło nam wygodne zajęcie miejsc. Postanowiliśmy najpierw zjeść i wypić kawę, więc tacka wylądowała na naszych wyprostowanych nogach, w połowie na moim kolanie, w połowie na Mikołaja. Wystarczył jeden porządny łyk, żebym zrozumiał, że chłopak robi naprawdę dobrą kawę.
      – Pyszna jest – pochwaliłem, a on uśmiechnął się z satysfakcją.
      – Dzięki – odparł i sam się napił. Gdy przełknął, westchnął z zadowoleniem. Spojrzał na mnie zachęcająco. – Spróbuj też sernika, moja babcia robiła.
      Kiwnąłem głową i odkroiłem łyżeczką kawałek. Gdy go zjadłem, uśmiechnąłem się lekko.
      – Smakuje jak ten mojej mamy – stwierdziłem. Widząc jego pytające spojrzenie, dodałem: – To dobrze.
      Mikołaj wyglądał na zadowolonego. Przez następne kilka minut jedliśmy, a mnie rozbawiła Nika, która usilnie pchała nos w kierunku talerza Mikołaja, patrząc na niego prosząco. Chłopak miał rację, naprawdę była uparta. Chociaż nie byłem pewien, czy na jego miejscu wytrzymałbym pod tym psim spojrzeniem.
      Gdy kubki zostały opróżnione, sernik zjedzony, a moja głowa powoli przestawała boleć, Mikołaj odłożył tackę z powrotem na biurko i poklepał łóżko, dając Nice znać, że może na nie wskoczyć. Zrobiła to bez wahania i rozłożyła się między naszymi nogami, wyglądając na tak szczęśliwą, że chłopak parsknął śmiechem.
      Potem ostrożnie włożył płytę do laptopa i poczekał, aż się odtworzy.
      – Zawsze lubiłem Harry'ego – powiedział, oglądając pobieżnie okładkę filmu. – Chociaż chyba wolę piątą część od trzeciej. Przez Umbridge.
      – Nie znoszę jej – odparłem, krzywiąc się na samą myśl. – Ciężko mi się przez nią oglądało...
      – Ja właśnie lubię, jak w końcu dostaje za swoje – wytłumaczył ze złośliwym uśmiechem. – Chociaż zawsze dołowało mnie to, że Syriusz umiera. Zwłaszcza że wcześniej mówił Harry'emu, że mógł z nim zamieszkać i w ogóle...
      – Mnie zawsze najbardziej smuciła śmierć Zgredka – przyznałem. – To było takie okropne.
      – Taaak. On na to nie zasługiwał – zgodził się z westchnieniem, odpalając film.
      Podkręcił jeszcze odpowiednio głośność i oparliśmy się wygodnie o poduszki. Chwilę później obaj siedzieliśmy cicho, oglądając pierwsze sceny filmu z dźwiękiem na tyle donośnym, że zagłuszał nieco hałas powodowany deszczem, który przekształcał się powoli w burzę.

***

Hej! Tym razem udało się dodać rozdział mniej więcej po dwóch tygodniach, mamy jakiś postęp, ech. Niestety miał być dłuższy, ale no, jak zwykle nieco mi się rozrosło (co paradoksalnie jest dobrą oznaką!) i resztę wspólnego wieczoru chłopców zamieszczę w następnym rozdziale. Spokojnie, nic nam nie ucieknie, a nawet będzie więcej szczegółów *lenny*
Mogłabym w sumie poczekać następny tydzień i zaserwować Wam cały, długaśny rozdział, ale chciałam go skończyć na szesnaste urodziny Wiśniolinii! Już składałam Ci życzenia, ale powtórzę: wszystkiego najlepszego ♥ Mam nadzieję, że ten rok będzie dla Ciebie naprawdę super (i dla Was, czytelników, również!).
A z mniej przyjemnych rzeczy, próbowałam ostatnio sprawić, żeby akapity na blogu były ładne i równiutkie, i prawie mi się to udało. Już wklepałam kod w css, ogarnęłam jakieś czary-mary w htmlu i myślałam, że w końcu wygrałam bitwę, ale wystarczyło, że weszłam na wersję mobilną bloga i akapitów w ogóle nie było :)) Więc wygląda na to, że już zawsze będę się bawić z tymi okropnymi spacjami, co będzie wyglądać brzydko i dla mnie, i pewnie dla części z Was. Ech.
Ale żeby zakończyć pozytywnym akcentem – dostałam śliczny fanart Mikołaja od czytelniczki!! Baaardzo za niego dziękuję, w byciu autorem nie ma nic lepszego od otrzymywania fanartów i długich komentarzy <3
niech ktoś narysuje Janka i Mikołaja razem
Do następnego!